Stranger Parenting
Ten o nowym cyfrowym rodzicielstwie

Czy Tobie też, podczas oglądania filmów z młodzieżą w roli głównej, dokucza myśl: Gdzie, u licha, są ich rodzice?
Tuż przed świętami poszłam sama do kawiarni, delektując się jedynym naprawdę wolnym dniem tygodnia. Poza mną były tam dwie młode dziewczyny, uczące się do jakiegoś sprawdzianu. Naukę co i raz przerywały, rozmawiając o różnych sprawach szkolnych i domowych. W końcu jedna stwierdziła, że bardziej niż na święta cieszy się na finałowy sezon „Stranger Things”.
Stranger Things
Nie byłam jakąś wielką fanką tego serialu. To jeden z tych filmów, które oglądałam „mimochodem”. Bo są filmy, które oglądamy wspólnie z Michałem i takie, które Michał ogląda sam. Do tych drugich zaliczają się wszystkie horrory i większość SF. Najczęściej wygląda to tak, że wspólny wieczór zaczynamy od czegoś co chcemy oglądnąć razem, a potem, jeśli nie jest zbyt późno, Michał włącza coś dla siebie. A ja wtedy haftuję, robię na szydełku, czytam książkę lub po prostu kładę się obok i przysypiam. A kątem oka zerkam. Czasami jednak jakiś serial mnie wciąga i kolejny sezon oglądamy już razem.
Nie wiem jak to się stało, ale „Stranger Things” oglądałam dopiero od czwartego sezonu. Wcześniejsze kojarzyłam jak przez mgłę. W związku ze zbliżającym się finałem (i mnóstwem wolnego czasu) postanowiliśmy zrobić sobie maraton. Oglądnęliśmy trzy pierwsze sezony, czwarty przelecieliśmy, bo jednak większość pamiętaliśmy. No i finał. Nadal nie uważam się za fankę, choć trzeba przyznać, że wciąż trzyma w napięciu, sezony są dość wyrównane i wielki plus dla twórców za umiejętne przedstawienie bohatera zbiorowego.
Ale ja zupełnie nie o tym chciałam pisać. Oglądałam sobie te rzeczy związane z obcymi (lub dziwniejsze rzeczy, jak ktoś woli) i przez większość sezonów nie chciała mnie opuścić jedna myśl: Gdzie są ich rodzice?
Dlaczego matka nie zauważyła, że jej 11-letniego syna nie ma całą noc w domu? Dlaczego na pytanie, gdzie są dzieci, większość rodziców odpowiadała: Nie wiem. Pewnie u…? Dlaczego dzieciaki całymi dniami przesiadywały w czyjejś piwnicy lub szlajały się po okolicy (i światach równoległych)? Pomijając już fakt – jak to możliwe, że Jedenastka mieszkała w domu Mike’a i nikt się nie zorientował.
Cudowne lata 80-te
Ok, ktoś może uznać, że to były inne czasy. Przecież dobrze je znam, bo też wychowałam się w latach 80-tych. Rodzice całymi dniami pracowali, sobota była na ogarnięcie domu, zakupy i sprzątanie, w niedzielę wizyta w kościele, ewentualnie wyjście do znajomych, nauka przed kolejnym tygodniem. Rodzice mieli swoje sprawy, my swoje. Nie pamiętam, żebyśmy jakoś specjalnie dużo czasu spędzali razem, poza dwoma tygodniami wakacji.
Teraz jest inaczej. Ale czy na pewno? Spotkałam się ostatnio ze znajomymi, z którymi nie widziałam się od czasów liceum. Rozmawialiśmy o tym, co u nas, czym się zajmujemy, gdzie mieszkamy, ile dzieci… Wspomniałam, że przez 6 lat uczyłam swoje dzieci w ramach edukacji domowej. Przyzwyczaiłam się, że taka informacja wywołuje zdziwienie i całą lawinę pytań. Zazwyczaj ludzie pytają o to, czy dajemy radę lub jak godzimy to z pracą. Tym razem głównym pytaniem było: Ale dlaczego nie chcieliście się pozbyć dzieci wcześniej?
To zresztą nie pierwszy raz, gdy słyszę jak ktoś mówi, że szkoła to świetna okazja, żeby „pozbyć się dzieci”. Jeśli uważasz, że nikt z Twoich znajomych nigdy by tak nie pomyślał – przypomnij sobie pandemię i zamknięcie szkół. Albo dyskusję o zadaniach domowych. Przeczytałam kiedyś komentarz kobiety, która martwiła się, że jak znikną zadania domowe, będzie musiała „coś z tym dzieckiem zrobić”.
Stranger Parenting
Ale może to ja przesadzam. Może moje podejście nie jest zdrowe. Tak długo trzymałam dzieci pod skrzydłami, blisko siebie. A może właśnie wtedy potrzebowały więcej rówieśników i swoich spraw. Trochę żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na szkołę wcześniej, ale nie z powodu czasu, który „musieliśmy” im poświęcić.
Piszę o tym nie tylko z powodu serialu. Zastanawiałam się nad tym, jak dzieci w latach 80-tych spędzały czas i jak spędzają teraz. Nad różnicami i podobieństwami. A w międzyczasie przyszły święta i dużo wolnego czasu. Czasu, który moglibyśmy spędzić razem, a jednak spędzamy trochę oddzielnie. Bo: „Nie chce mi się iść na lodowisko”. Albo przeciwnie: „Jadę z dziadkiem na lodowisko. Wrócę jutro” (to z dzisiaj!). Bo: „Nie chcę oglądać z Wami filmu. Wolę sobie pograć z kolegami”. Bo: „A możemy to zrobić jutro…”. I choć w ogóle im się nie dziwię, że w tym wieku wybierają grę z kolegami, zamiast spaceru ze starymi, to jednak jakoś mi z tym… dziwnie.
Nowe cyfrowe rodzicielstwo
Nagrałam kiedyś odcinek podkastu o książce „Nowe cyfrowe dzieciństwo” Jordana Shapiro (ktoś jeszcze pamięta mój podkast?). A dziś zastanawiam się jak powinno wyglądać to nasze „nowe cyfrowe rodzicielstwo”.
I możesz się ze mnie śmiać, że tak wolno do mnie dociera, że dzieci dorastają i wkrótce opuszczą rodzinne gniazdo, ale moje rozważania nie kończą się na dzieciakach pędzących na rowerkach przez Hawkins. Pytanie: Gdzie, u licha, są ich rodzice? wraca do mnie za każdym razem gdy oglądam film o młodzieży. Najbardziej doskwierało mi w „13 powodach”. Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego nikt nie rozmawia ze swoimi rodzicami.
W grudniowym numerze „Pisma” znajdziesz obszerny artykuł o tym, co robią dzieci na WhatsAppie? I znów – przeraża mnie nie tylko to, co się tam dzieje, ale również, jeśli nie przede wszystkim, informacja, że połowa dzieci nie rozmawia o tym z rodzicami. Zapytałam moich synów, co zrobiliby, gdyby ktoś przesłał im jakieś nieodpowiednie treści (bo między innymi o tym była mowa w artykule). Odpowiedzieli natychmiast, jakby to było oczywiste, że zablokowaliby taką osobę, zgłosili adminowi i powiedzieli o tym nam. A potem wyrazili zdziwienie, dlaczego o to pytam. Gdy wspomniałam, że połowa dzieci nie rozmawia o tym z rodzicami, nie uwierzyli. Dodam jeszcze, że rozmawiam z każdym z nich z osobna.
Być może więc ten wspólny czas i „trzymanie pod skrzydłami” coś nam dało. Może zaprocentuje właśnie w takich trudniejszych momentach. I nawet gdy coraz rzadziej są z nami, gdy coraz częściej odmawiają wspólnych wyjść i mają własne pomysły na to, jak spędzić popołudnie czy weekend – wiedzą, że w razie potrzeby jesteśmy blisko.
Idziemy na kawę, kochanie?
Żeby nie było – odcinanie pępowiny ma też swoje zalety. Gdy przychodzi taki czas, że można dzieci zostawić na chwilę w domu i wyjść na szybką randkę, to nie ma co się smucić. Trzeba korzystać!
Fajnie też od czasu do czasu pobyć ze sobą. Jak w ten wtorek, w jedyny naprawdę wolny dzień tygodnia, gdy dzieci są w szkole, mąż w pracy, a ja mogę skoczyć do sklepu z włóczkami i posłuchać muzyki przy kawie w Cavi Cafe.

Chyba kluczowy jest tutaj balans, czyli zbudowanie więzi, a jednocześnie zostawienie maksimum swobody:) Warto przyjrzeć się chociażby dawnym bohaterom literackim - Pipi, Mała Mi, Piotruś Pan, Bolek i Lolek itp. Brak rodziców pozwala rozwijać skrzydła, podejmować wyzwania i być prawdziwie sobą. Oczywiście pełna zgoda, że kiedy ogląda się serial o przemocy wśród nastolatków, to ten brak dorosłych aż razi. Ale myślę, że wstawianie rodziców do tych bajek czy seriali bardzo dużo odebrałoby bohaterom;) Polecam tu książkę "Dzieciństwo rodziców" Shaii Orr'a