Słodziutki
Ten o życiu bez cukru
W lipcu zeszłego roku odstawiłam cukier. Pisałam o tym. Nic się nie zmieniło. Może czas na jakieś podsumowanie?
Odstawienie
Pierwszy tydzień był ciężki! Wiedziałam, że tak będzie, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Potworny ból głowy, zawroty i drżenie rąk. Serio! Uświadomienie sobie co cukier zrobił z moim organizmem było wstrząsające.
Jasność
Zaraz potem pojawiła się jasność… Tak, wiem jak to brzmi. Ale mówię zupełnie poważnie. Wcześniej senność, ciągłe zmęczenie i wrażenie, że w mojej głowie jest gęsta mgła. To zmieniło się diametralnie i świadomość tego powstrzymuje mnie przed powrotem do cukru.
Zachcianki
Ku mojemu zaskoczeniu walka z zachciankami wcale nie była taka trudna. I to nie dlatego, że mam tak silną wolę (oj nie, nie mam), tylko dlatego, że po prostu przestałam odczuwać ochotę na słodycze. Na początku ratowałam się jeszcze suszonymi owocami (czy zdajesz sobie sprawę jak słodkie mogę być rodzynki?), ale potem ich też nie potrzebowałam. Zdarza się, że czasem mnie jeszcze najdzie i wtedy… pozwalam sobie na gałkę lodów (na Starowiślnej!) lub gryz kasztanka (więcej nie dam rady).
Zemdlenie
Właśnie, kasztanki. Uwielbiam je od zawsze. To po prostu smak dzieciństwa, a tych pragniemy najbardziej. Od dawna ich nie kupuję, ale u moich rodziców zawsze znajdzie się jakaś szuflada lub puszka, gdzie można je znaleźć. Czy rzucam się na nie i pałaszuję bez opamiętania? Gdy najdzie mnie na nie ogromna ochota to sobie nie żałuję. Biorę, rozpakowuję, odgryzam kawałek i… oddaję dzieciom. Czuję smak dzieciństwa, ale przede wszystkim czuję cukier. Mnóstwo cukru. I nie jest to już przyjemne uczucie.
Smak cukru
Wiem, że ktoś mógłby mi zarzucić, że przecież cukier jest jeszcze w tym i w tamtym i tak naprawdę wcale go nie odstawiłam. Dla jasności więc sprecyzuję – odstawiłam sacharozę. Nadal jem miód, owoce i zamienniki cukru. W pierwszych dniach ucieszyłam się, że jest tyle produktów „bez dodatku cukru”. Że mogę jeść batoniki Nick’s czy Dobrej Kalorii. I lody bezcukrowe w Good Lood. Wiążą się z tym jednak dwa problemy.
Po pierwsze, dość szybko okazało się, że po erytrolu boli mnie brzuch. Nicki więc odpadają (czego żałuję, bo są naprawdę smaczne) i większość bezcukrowych lodów w Good Lood (niektóre z nich są na samym malitolu, więc zdarza mi się na nie skusić).
Po drugie, gdy cukier przestał dominować w mojej diecie zaczęłam inaczej odczuwać słodki smak. Wciąż zastanawiam się po jaką cholerę dodawać do lodów malinowych jakikolwiek cukier lub jego zamiennik, skoro same owoce są megasłodkie. Podobnie jak rodzynki w lodach bakaliowych i w ogóle sama śmietanka w lodach śmietankowych. Rozumiem, że konserwant i takie tam, ale w produktach rzemieślniczych? Mam wrażenie, że produkty bezcukrowe tworzą ludzie, którzy na co dzień jedzą cukier i nie są w stanie sobie wyobrazić, że coś, co jest dla nich mało słodkie, dla kogoś może być wystarczająco (lub zbyt) słodkie.
Na szczęście zostają mi do dyspozycji batoniki Dobrej Kalorii, na bazie daktyli.
Przekąski
To, czego brakuje mi najbardziej to przekąski, które nie są słodkie. Czasem mam ochotę zjeść coś małego. Taki właśnie cukierek lub drożdżówkę. Na szczęście pojawiają się już przepyszne wytrawne drożdżówki, ale nadal są dość drogie i mało dostępne. W popularnych piekarniach jest do wyboru tylko wysuszony kapuśniak lub ciasto francuskie z kabanosem, czyli dla mnie de facto tylko kapuśniak.
Może to i dobrze. Podobno podjadanie między posiłkami jest najgorsze. Ale czasem chciałoby się coś przekąsić…
Zdziwienie
Jeśli chodzi o przekąski zostają oczywiście paluszki czy precelki. Jest przecież wiele gotowych produktów, które nie są słodkie… Hmm, niestety nie jest to takie proste. Chciałam kupić kiedyś produkt, który Czesi nazywają „dupetkami”. W Polsce też można je kupić. Odruchowo sprawdzam skład. Na 3. miejscu cukier. I to czuć (a przynajmniej ja czuję). Jesz słoną przekąskę, która okazuje się słodka. Nie, dziękuję.
Przez ostatni rok przeczytałam chyba wszystkie etykietki gotowych produktów, które kupowałam (moje dzieci też mają już taki odruch). Cukier był w składzie (i to na dość wysokiej pozycji) w większości z nich. Nie spodziewałam się, że kupienie produktu bez cukru okaże się tak trudne…
UPF
Po polsku powinno brzmieć UPŻ. Całkiem fajny skrót na całkiem niefajną sprawę, jaką jest ultraprzetworzona żywność. Miałam pisać o tym jak wygląda moje życie bez cukru i dlaczego warto…, ale biorąc pod uwagę ostatni rok oraz moją ostatnią lekturę, do której zaraz wrócę, dochodzę do wniosku, że lepszy cukier w domowym cieście niż brak cukru w kupnym batoniku.
Pewnie nie wrócę do dawnego spożycia cukru, a nawet do czegoś zbliżonego do dawnego spożycia cukru (było tego naprawdę sporo). Ale już się tak nie spinam na jego widok. Od czasu do czasu pozwalam sobie zjeść domowej roboty powidła lub wypić kakao. Znacznie trudniejsze jest ograniczenie spożycia UPŻ, bo to właśnie ją biorę teraz na celownik. Nie deklaruję, że od teraz odstawiam wszystko co ultaprzetworzone, choć z pewnością nie byłby to głupi pomysł.
I to nie tak, że wystarczy, że przeczytam jakąś książkę i natychmiast wprowadzam radykalne zmiany w swoim życiu. Myślę, że każdy rozsądnie myślący człowiek wie, że pringelsów, macburgerów czy snikersów należałoby raczej unikać. Ale, że lubię mieć szersze spojrzenie i wiedzę sięgnęłam po książkę Chrisa van Tullekena Ultraprzetworzeni ludzie. Dlaczego wszyscy jemy rzeczy, które nie są jedzeniem… i czemu nie możemy przestać. Polecam.
A wracając do cukru – przede mną jeszcze lektura książki Słodziutki. Biografia cukru Dariusza Kortko i Judyty Watoły.

